Zapraszamy na promocję książki Witolda Michałowskiego 21 czerwca 2017 r. o godz. 18:00 w Domu Literatury.

Obrazek | Opublikowano by | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Mieczysław Machnicki uhonorowany nagrodą Warszawskiej Premiery Literackiej. Gratulujemy.

 

Miasto Stołeczne Warszawa

Fundacja Kultury Polskiej

Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza

Staromiejski Dom Kultury

Okręg Warszawski Stowarzyszenia Księgarzy Polskich

 

zapraszają na

uroczysty wieczór z okazji przyznania

Warszawskiej Premiery Literackiej

 

Mieczysławowi Machnickiemu

  za książkę kwietnia 2017 roku

    żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną

z serii Biblioteka „Toposu”

Nagrodę Autorowi oraz dyplom honorowy

  Towarzystwu Przyjaciół Sopotu

wręczy przewodniczący Jury

ADAM POMORSKI

Laudację wygłosi

 PIOTR MATYWIECKI

Wybrane wiersze odczyta  

MARIA GŁADKOWSKA

Poniedziałek 19 czerwca 2017 roku godz.17.00

Klub Księgarza w Warszawie, Rynek Starego Miasta 22/24

Jury Nagrody Warszawskiej Premiery Literackiej obraduje w składzie: Adam Pomorski (przewodniczący), Czesław Apiecionek, Jarosław Klejnocki, Sebastian Lenart, Wanda Monastyrska, Anna Nasiłowska,

 Jan Rodzeń (sekretarz), Iwona Smolka, Jacek Wakar

***

Działalność Klubu Księgarza wspiera Fundusz Popierania Twórczości przy Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS

 

Opublikowano Nowości wydawnicze, Wydarzenia | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Joanna Rawik: Książka – fenomen kulturowy

 

Co to znaczy czytać ze zrozumieniem? Od jakiegoś czasu kursuje to określenie, którego nie mogę pojąć. Człowiek czyta, żeby się dowiedzieć, co jest napisane, wybiera odpowiednie lektury. Zadałam to pytanie znajomej, która ma córkę w drugiej klasie szkoły podstawowej. Okazuje się, że już od lat dzieci opanowują sztukę czytania, z liter składają słowa, nie rozumiejąc jednak ich znaczenia. Błąd zatem leży w podstawowej edukacji.

Inna znajoma, bardzo dobrze wykształcona polonistka (studiowała u profesor Marii Janion), od trzech lat zajmuje się pracami maturalnymi z polskiego, jest poruszona żałosnym poziomem tych prac, ubóstwem języka. Co gorsza, z roku na rok poziom zaniża się, co jest niewyobrażalne, a jednak stan rzeczy alarmuje.

Wystarczy słuchać jakim językiem posługują się młodzi. Zjawisko to ma źródło w odrzuceniu książki, odejściu od lektury, powrót do kultury obrazkowej, co oznacza regres cywilizacyjny. W czasach rysunków naskalnych nie istniał alfabet. Oglądałam w dwunastowiecznym kościółku w Szydłowcu świeżo odsłonięte freski. Wyjaśniono mi, że to biblia ubogich, bo jedynie księża i niektórzy feudałowie opanowali wtedy sztukę czytania, nie mówiąc o pisaniu.

Dzisiejszy język młodych ludzi związany jest z Internetem i esemesami, zbudowany ze skrótów, jak spoko, nara i tym podobne twory. Znam ich niewiele, a przecież istnieje  cały odrębny język, chwilami trudny do zrozumienia dla takiego dinozaura jak ja. Jeszcze dochodzi nowomowa biurokracji, to odrębny gatunek. A przecież inteligencja każdego z nas rozwija się na bazie języka, w którym się rodzimy, który słyszymy w dzieciństwie. Dowiedziałam się o tym niedawno z pracy Johna S. Allena pt. „Życie mózgu. Ewolucja człowieka i umysłu” (Prószyński i S-ka, Warszawa 2011) i ogarnęło mnie przerażenie, bo przecież jesteśmy zaledwie w początkach procesu, który odbije się dramatycznie na dalszych pokoleniach. Efekty już widać i słychać, strach pomyśleć! Media robią wszystko, żeby ludzi ogłupić. Coraz rzadziej spotkać można w wagonach metra czy pociągu, autobusie osobę z książką, większość pochłonięta całkowicie swoimi sprzętami elektronicznymi, jakby na tych przedmiotach kończył się świat. I kończy się rzeczywiście.  Kształtuje się całkowicie nowa rasa, chyba gatunek nowy, skoro porozumienie bywa skomplikowane, czasami niemożliwe.

W drugim dniu Warszawskich Targów Książki jadę na Stadion Narodowy, tam odbywają się od kilku lat znane i lubiane święta książki. Mnóstwo ludzi uprawia lekturę w czytnikach elektronicznych, jednak wynalazek Gutenberga chyba ostoi się wszystkim burzom, co widać wyraźnie w frekwencji, nieodmiennie obfitej. Wprawdzie kilka lat temu dokonano przewrotu i warszawskie targi nie stanowią już kontynuacji Międzynarodowych Targów Książki, które miały tradycję ciągnącą się daleko wstecz, w „ponure czasy komuny” czyli PRL. Odbywały się początkowo w Alejach Ujazdowskich, potem na Placu Defilad w charakterze kiermaszu z licznymi stoiskami i sprzedażą książek, po czym zmieniły charakter i zamknęły się w eleganckich, marmurowych wnętrzach Pałacu Kultury i Nauki, gdzie było uroczyście, odświętnie, zarazem kameralnie. Kilka razy podpisywałam tam książki i doskonale pamiętam jedyną w swoim rodzaju atmosferę..

Na Stadionie Narodowym podpisywałam po raz pierwszy pięć lat temu, było mimo wszystko bardziej kameralnie. Dzisiejsze Targi przerażają ilością, wydawnictw jest 800, dwa razy tyle co na początku tej lokalizacji. Udało mi się dość szybko znaleźć recepcję, skąd skierowano mnie do innej lady, gdzie dostałam akredytację w postaci plakietki „autor”, ale bardzo długo poszukiwałam stoiska Związku Literatów Polskich, choć znałam jego numer 24 BK. Gdy byłam już bliska kresu drogi, zatrzymano mnie, bo akurat przybyć mieli prezydenci Polski oraz Niemiec. Zastanawia ogromna ilość wycieczek kilkuletnich dzieci, które przecież rzadko po książki  sięgają. W tłoku targowych terenów biegają i wrzeszczą. Znoszę to z trudem wielkim, ale na pewno lepszy wrzask niż tzw. muzyczka, która towarzyszy natrętnie w supermarketach.

Uważam się za człowieka starej daty i nie widzę powodu, żeby akceptować wszystkie zjawiska tzw. nowoczesności. Od lat posługuję się komputerem, który traktuję jak maszynę do pisania połączoną z dalekopisem. Nie lubię Internetu z powodu jego żenującego poziomu, który obraża moją inteligencję. Któryś z  wybitnych ekonomistów, może Stiglitz stwierdził kilkanaście lat temu,, że nadmiar jest gorszy od niedoboru. Widać to na każdym kroku, chociażby na Targach Książki, gdzie trzeba wiele samozaparcia, żeby się na ogromnym terenie odnaleźć. Bardzo to dziwne,, ale w tych nieprzebranych tłumach spotkałam znakomitego pisarza Mariusza Szczygła, także poszukującego swojego stoiska i zdążyliśmy wymienić kilka zdań.

Dzikim trafem znalazłam stoisko mojego wydawcy – Studio Emka mieści się bardzo blisko naszego ZLP, co odkryłam przypadkiem. Dzięki temu poruszałam się już na określonym terytorium. Podpisałam zaledwie kilka książek, większość zwiedzających prosiła o autograf, jeszcze inni koniecznie chcieli się fotografować razem, czego nie znoszę! Odkąd aparaty telefonicznie służą jako fotograficzne, ludzie dostali jakiejś manii. Nie mogę tego zrozumieć,  czy muszę rozumieć wszystko?

Interesujące było spotkanie z malarzem Markiem Kotarbą, który zaproponował mi pozowanie do portretu w jego cyklu „Inteligencjo, wróć! Portrety ludzi kultury i sztuki”, co przyjęłam z entuzjazmem.. Podobają mi się portrety artysty, wśród nich Olga Tokarczuk, Józef Hen i inni. Folder pana Kotarby zaczyna się od słów: Inteligencja to grupa, która odegrała znaczącą rolę w przemianach ostatnich dziesięcioleci. Dziś mówi się, że odchodzi w przeszłość. Ma to swoje konsekwencje: niski poziom debaty publicznej, wulgaryzacja języka, brak woli porozumienia w imię wspólnych wartości. Dlatego nasz projekt jest w swoim zamyśle zaproszeniem do debaty na temat społecznego potencjału tej grupy oraz współczesnej roli inteligenckiego etosu. Wdzięczna jestem panu Markowi za tak zaszczytną propozycję, czuję się wyróżniona, jako współtwórczyni powojennej kultury polskiej, co dzisiaj bywa traktowane dziwacznie, że określę rzecz delikatnie.

Książka zaspokaja potrzeby nie tylko ducha i umysłu. Dla mnie książka jest czymś więcej niż przedmiotem, jest KIMS bliskim i niezbędnym. Lubię czytać książki, które są moją własnością, przywiązuję się do nich, obcowanie z nimi jest jedną z najważniejszych spraw w życiu. Kilka lat temu odświeżałam mieszkanie, musiałam w tym celu część książek zdjąć z półek i przenieść w pudłach na korytarz. Nie zapomnę, jak smutne i bez wyrazu stało się moje mieszkanie! Książki zdobią wnętrze niczym kwiaty.

Wyszłam w sobotnie południe po drobne zakupy. Na niewielkiej przestrzeni – w zaprzyjaźnionym sklepie spożywczym, a potem na chodniku mojej ulicy spotkałam młodych mężczyzn, którzy okrutnie bluzgali. W normalnej rozmowie używali wulgarnych słów, które najwidoczniej należą do ich codziennego słownictwa, posługują się nimi z wyraźnym upodobaniem. Czego to dowodzi? Wydaje się, że odejście od książki jest jednym z ważnych objawów cywilizacyjnego regresu.  Tak zwana kultura jest niemodna, że tak powiem. Młodzi i trochę mniej młodzi podniecają się meczami piłki nożnej, potem piją piwo i pędzą życie towarzyskie na poziomie rozmów, które właśnie słyszałam. Gdy zwróciłam kiedyś uwagę w autobusie: czy musi pan używać tych „przerywników”? Usłyszałam: muszę, a pani nie musi słuchać.

Na Targach Książki, gdzie spędziłam kilka godzin w wielkim tłumie, nie usłyszałam brzydkiego słowa. Najwidoczniej czytelnik książki to odmienny gatunek człowieka, co widać na jego twarzy.

                                                                                                                           Joanna Rawik

Opublikowano Bez kategorii, Czytelnia | Otagowano , , , | 1 komentarz

Wieczór jubileuszowy Lidii Kosk w Domu Literatury.

O Pani Lidii Kosk pisałam już parokrotnie. Wrażenie zrobił na mnie przed pięcioma laty spektakl „Niknące prawa człowieka” zrealizowany przez prowadzony przez panią Lidię  Autorski Teatr Poetycki, przedstawienie dotykające problemu wojny, jej wpływu na destrukcję człowieczeństwa i dehumanizację społeczeństw i ich kultur. Ten spektakl w wykonaniu znakomitych artystów-amatorów jest ostrzeżeniem przed złem, które czai się w człowieku i przed którym trzeba się zawsze bronić i trzeba bronić słabszych. Tak poznałam panią Lidię, osobę wrażliwą na los drugiego, działaczkę społeczną, ale także, a może przede wszystkim, poetkę, fotografkę. Jej wiersze, przekładane na wiele języków, w tym na angielski i japoński, wydawane są m. in. w USA i Japonii, gdzie ostatnio ukazała się japońska edycja jej książki Słodka woda, słona woda.

10 maja przybyliśmy do Domu Literatury na jubileuszowe spotkanie i prezentację jej nowej książki pod tytułem Szklana góra w opracowaniu Danuty E. Kosk-Kosickiej (polecam wstęp do książki). Po trudnym przedpołudniu – pożegnaniu Pana Tomasza Burka, niezrównanego znawcy literatury – bardzo był nam potrzebny wieczór z poezją i spotkanie z zawsze pełną wiary w przeznaczenie i sens poezji oraz w to, że dobro zwycięża i jest nagradzane na pewno po drugiej stronie światła, Lidią Kosk.

Piękna jak zawsze, przyjazna, powitała wszystkich serdecznie. Stała otoczona młodymi ludźmi, wśród których byli tłumacze jej wiersza „Szklana góra”.

Jubileuszowy wieczór poetycki okazał się niespodzianką. Tytułowy wiersz zaistniał w książce w dwudziestu jeden językach. Jej szklana góra opowiada o dziewczynce, która wnosi wiadro z wodą na górę, zmaga się jak mityczny Syzyf z ciężarem i stromizną:

Wspinam się pod górę

dźwigając skarb

przerastający moje siły

wiadro wody

(…)

Padam

woda spływa

razem ze mną w dół

zamarzając

jak łzy na policzkach

(…)

Błysk słońca na moment

powiększa mnie cieniem

gdy znów idę mierzyć się

z moją szklaną górą.

Niezwykły wiersz, będący opowieścią o życiowej „szklanej górze” Autorki. Niełatwy był to los – dziecko wojny, obóz, potem też prosto nie było. Pani Lidia jednak zawsze się podnosiła i nie rezygnowała z prawa do radości życia i poczucia jego sensu. 10 maja wiersz zabrzmiał w siedmiu językach i każdy z nich wnosił nowy aspekt brzmieniowy i skojarzeniowy, był tłumaczeniem tego doświadczenia na inną kulturę, inne wartości, inną językową urodę. W dodatku do polskiego oryginału usłyszeliśmy angielski, czeski, litewski, serbski, niemiecki i włoski. Ta niezwykła polifonia języków dała prawie metafizyczne przeżycie.

Przypomniała mi się przyjemność uczestnictwa w międzynarodowym festiwalu Jesień Poezji w Druskiennikach na Litwie, gdzie przyjeżdżają od lat poeci z całego świata. Utwory prezentowane są w językach ojczystych. Nie znając treści wierszy, słuchając czytających autorów, mieliśmy wrażenie, że wiemy, o czym jest ta poezja. To jak uczta i koncert, bo wiersz jest przecież muzyką. U pani Lidii na jubileuszowym wieczorze było podobnie. Następnego dnia wyjeżdżaliśmy z mężem do przyjaciół na Morawy, nic więc dziwnego, że ze szczególną radością słuchaliśmy wersji czeskiej „Szklanej góry”.

Dziękuję Pani Lidio i życzę ciągle niezmożonej wiary w życie, ludzi i poezję.

                                                                                                           Maja Chadryś-Engelking

 

 

Opublikowano Czasopisma, Wydarzenia | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Uwaga: 31 maja 2017 r. o godz. 18:00 zapraszamy na promocję nowej książki „Bezradność wobec istnienia” Wiesława Łuki

Obrazek | Opublikowano by | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Migawki z VIII Warszawskich Targów Książki. Nasze skromne stoisko…

https://photos.google.com/share/AF1QipMM2GxIXc8Ajll5XoPsnR_bhhlGuqOqMD4_62TZM1mon46SzUyTV1yA0LjJCxZZwg?key=RVNyX2t3cFA1OWIxamhRc3pBWDBNLWtrMmYydFF3

| Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

24 maja br. prezentacja nowych członków Oddziału Warszawskiego : Joanny Rawik i Krzysztofa Mroziewicza

          Witamy w naszym gronie!

 

                              ZWIĄZEK LITERATÓW POLSKICH

                         uprzejmie zaprasza na wieczór nowych członków ZLP

                                          Joanny Rawik

                                         i

                            Krzysztofa Mroziewicza

                               Środa, 24 maja godz. 18

                       Dom Literatury, Krakowskie przedmieście 87/89

 

 

 

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Warszawskie Targi Książki: 18.05. – 21.05.2017 r.

W tym roku jesteśmy obecni na Warszawskich Targach Książki, które odbywają się na Stadionie Narodowym w dniach od 18  do 21 maja 2017 r.

Zapraszamy na stoisko 24 BK (Biznes Klub)  już 18 maja br. od godz. 11:00.

W tym roku  podpisują  swoje książki następujący autorzy:

18 maja 2017

  1. Ewa Zelenay godz. 13 -15
  2. Krzysztof Dzikowski godz. 15-17

19 maja 2017 r. 

  1. Marek Wawrzkiewicz godz. 10 -12
  2. Joanna Rawik godz. 12 – 15
  3. Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz godz. 15-17
  4. Andrzej Zaniewski 15 – 17

20 maja 2017 r.

  1. Wiesław Łuka godz. 10 – 12
  2. Zbigniew Milewski godz. 12 – 14
  3. Grzegorz Trochimczuk godz. 15-17

21 maja 2017 r.

  1. Jerzy Jankowski godz. 10 – 12
  2. Krzysztof Mroziewicz godz. 12 – 15
  3. Jan Cichocki 15 – 17

 

 

 

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Andrzej Wołosewicz: Przypadkowa lekcja poezji

Otworzyłem marcowy numer „Gazety Kulturalnej” Andrzeja Dębkowskiego na stronach 6-7. Na tej pierwszej kilkoro poetów, których nie wymienię, ale powiem tyle, że do ich wierszy mam sporo zastrzeżeń, bo albo są zbyt miałkie w swoim przekazie, albo bardzo nierówne w tym sensie, że wyraźnie rozpadają się wewnętrznie – wymagałyby, moim zdaniem, poprawy w niektórych miejscach, czasami zwykłego skrócenia. Tymczasem na stronie obok Bohdan Wrocławski ze swoimi 4 wierszami sam zapełniający całą stronę.

Na tamtej 9 wierszy więc z oczywistych powodów krótszych od Bohdanowych, tu 4, ale te jego czyta się z uwagą i przyjemnością. Są przykładem tego, że wiersz dłuższy może być piękny i nieprzegadany, a krótsze właśnie mogą być przegadane, niepotrzebnie nasycone biegunką słów wskazujących na „dadaizm” w głowie piszącego. Spójrzcie na te sąsiednie strony, bo to najlepsza lekcja porównawcza o tym, czym dobra poezja różni się od słabej! Lekcja poprzez definicję ostensywną, czyli przez wskazanie (paluchem): wiersze po lewej słabe, po prawej dobre, poruszające. Tyle tej lekcji a zdobyłem się na nią pod wpływem impulsu, że znacznie trudniej podać określenia wiersza dobrego czy słabego, znacznie trudniej opisać takie poetyckiemiarki, poetyckie linijki niż… wskazać na konkretne wiersze dokonując ich podziału: na lewo słabe, na prawo dobre.

I jeszcze jedno. Kiedy czytam wiersze Wrocławskiego to poza ich głębią (poszukajcie jej sami) chciałem powiedzieć coś, co teraz sobie uświadomiłem (choć czytałem Bohdana przecież wcześniej wielokrotnie), że jest on   n a j l e p s z y m  p o e t ą  p o w i e t r z a  i  w o d y  jakiego znam. Tak, poeta powietrza i wody! Te żywioły pojawiają się u wielu piszących, Wrocławski nie ma na nie wyłączności, ale znalazł swój poetycki patent, który mnie akurat daje czystą przyjemność czytania a przecież jednym z wyróżników dobrej poezji jest to, że do jej autorów chcemy wracać i za każdym razem coś odkrywamy, nawet jeśli jest to tylko kolejne nazwanie własnych odbiorczych wrażeń, namysłów, znalezienie swoich nowych określeń. A z tego – poeta powietrza i wody jestem naprawdę zadowolony, bo trafnie nazywa to, co czytając wiersze zamieszczone poniżej, czuję. Teraz więc, jak przystało na porządnego belfra starej daty prezentuję obie strony z poezją, które mnie do tej lekcji natchnęły.

6

Poezja

Gazeta Kulturalna

Poezja Proza Krytyka Historia Sztuka Muzyka

Numer 3(247) marzec 2017

 

Izabela Zubko

 

Filar

 

twoich czarnych tęczówek

zbudowałam most

z wiecznie żywych słów

spaceruję po nim

pod rozgwieżdżonym niebem

tkając ślepą rzeczywistość

i wydaję na świat uśmiech

każdy krok od ciebie

zbliża mnie

do początku i końca

podtrzymującej przy życiu

balustrady

 

Omen

 

nie zrozumiałam znaku od życia

gdy wiatr rozciął nasze dłonie

tłukąc porcelanowe serca

ustawione na witrynie czasu

od tamtej pory zamieszkałeś

w moim życiorysie na zawsze

bezczas zatrzymał we mnie

smak spacerów splątanych dłoni

połączona obrączką z dotyku

przędę niewidzialną nić

która w rosnącym kokonie ukrywa

myśli jeszcze niepomyślane

 

Jazonowi

 

twoich rąk

nie wiąże już zdrada

tiulowa ciemność

odmówiła obecności

po godzinach krótkich minut

zniknął świat

przykładam lusterko do ust

sprawdzam czy żyję

monotonny szept drzew

liść za liściem

milknie

 

Wyzwolenie

 

nadzieja wypłynęła ze mnie

w postaci łez

zebrałeś je do wazonu

kładąc kwiaty obok

w życiu astrów

zabrakło bytu

skazana na tęsknotę

złamałam wrzeciono Ananke

stając się

streszczeniem chwili

 

Przyszedłeś

 

mogę już ogrzać

zimne dłonie i stopy

w ogrodzie twego dotyku

swobodnie płynąć

w zatoce słów

słodkich jak czereśnie

zatańczyć w łzie

depczącej niezadowoleniu

po piętach

przyszedłeś jak dobry ogień

który rozpuszcza ciemność

jak żar który trawi

 

Rafał Hille

 

Wiersz o niczym

 

wiersz o niczym musi mieć coś w sobie

wywinięty na drugą stronę powinien

wywalić jęzor i zagrać na nosie

dać pstryka w ucho i posłać do diabła

nastraszyć jak jasna cholera swoim

potencjałem

bycia kompletną pustką

która nie wiedzieć czemu ma

od cholery tyle energii

niech się

rymuje miksuje popłakuje

albo

ściera z jakimś obłąkanym duchem innych

wierszy

które chcą być lepsze

nie! On jest lepszy

nic w nim przecież nie ma

nie zawraca głowy swoją

mizerią memu powtarzanego

w kółko bez niczyjej woli

echolaliami czkawki i

pijakiem który nie pamięta co wykrzykiwał

przez cały wieczór

włócząc się z butelką wina po mieście

ani polem pełnym kwiatów i motyli

motyl jest głupi

ma tylko kilka zwojów nerwowych

nie będzie go wierszu o niczym

 

 

Komórka na węgiel

 

mój staromodny dziadek

wisi na ścianie

w komórce na węgiel

ma nastroszone wąsy

a w nich DNA

o których nie uczyli go w szkole

nikt nie przekonał go do kiepskiego żarcia

hot dogów

i kawy w maku

gdyby jeszcze żył

mówiłby co jest najlepsze w życiu

jak zrobić kiełbasę

która przyciągnie

oszalałe z głodu kobiety

które kochają

złote buty i białe falbanki blisko uda

może powiedziałby że lepsza jest lampa

naftowa niż prąd elektryczny

i że lepiej kłaść się spać na prawym boku

serce wtedy

gdy się złamie

nie uwiera poduszka

 

Kazimierz

Ivosse

 

* * *

Zasnute mgłą miasteczko śpi

Zamazane latarnie mrugają zezem

Po ulicach wymarłych domów

Jak potępieniec chodzę sam

Pijane nogi prowadzą mnie slalomem

Potykam się a ty dobra latarnio

Podtrzymujesz mnie żelaznym ramieniem

I uśmiechasz się żółtym ślepiem

A ja do ciebie błędnymi oczami

Dalej idziemy razem

Spocony asfalt głucho lśni

Śladami naszych kroków

Latarnio miejska

Tej nocy zostaliśmy

Sam na sam

A ulica

Pusta

Mokra

Bez dna

Ze skrzypem

Zamykanych bram

 

Emil Biela

 

Tam, gdzie córki kwitną

kwiatami dzieci

 

błogosławiony niech będzie kraj

w którym córki kwitną kwiatami

dzieci

błogosławiona niech będzie ziemia

gdzie konie padają w galopie na kolana

przed brzemiennymi kobietami

błogosławiona niech będzie kraina

w której słychać owację drzew na stojąco

dla błogosławionych matek

 

 

 

Poezja

7

Gazeta Kulturalna

Poezja Proza Krytyka Historia Sztuka Muzyka

Numer 3(247) marzec 2017

 

Bohdan

Wrocławski

 

W podróży do siebie

 

Poezja szuka w nas miejsc

najbardziej intymnych

opuszczonych przez codzienność

pełnych korowodów

ustawicznie wirującego światła

strun pękających na obrzeżach

wiecznej niedoskonałości wszechświata

bólu który trawi go poza naszymi

spojrzeniami

jest w tym muzyka starych skrzypiec

dialog który rezonuje w nas

w tych momentach

kiedy z nieśmiałością

staramy się

otwierać w sobie pejzaż za pejzażem

aż do całkowitego wyczerpania widnokręgu

nadal nie potrafię odczytać dotykiem warg

smakiem podniebienia

najbliższych mi geograficznie słów nazw

i spojrzeń

dłuższych niż kolorowe tęsknoty

spływających do morza rzek

i one i my wykrwawiamy się błądzimy wers

po wersie

w najchłodniejszym dotyku kosmosu

jego urojeniach

nieznanych nam bliżej

dramatach

aby znów odnaleźć siebie

w niecierpliwości dziecka

biegnącego do otwartych ramion matki

w gestach o których dawno zapomniała

cywilizacja

w smaku kobiet zabłąkanych między strofami

ich dobrotliwego ciepła

które otwierają w nas łkających

bezradnych

próbujących odnaleźć siebie

aż do dna

najbardziej oddalonego krateru księżyca

 

 

U ujścia rzeki

 

Znów jestem przy ujściu Wisły

siedząc na rozgrzanym betonie falochronu

w nieuchronnej bliskości jego końca

słyszę rozmowę chmur

zagęszczających się wokół piersi

w konsystencji pełnej załamań światła

i nadziei

ustawicznego biegu codzienności

trudnej do zdefiniowania

w narastającym wietrze

gdy morze bezskutecznie próbuje wedrzeć się

w głąb lądu

i koryta rzecznego

wiem

W tym roku

maj minął zbyt szybko

abym poczuł dostrzegł zrozumiał

cudowny smak

rozgrzanego we mnie widnokręgu

wysublimowanego zapachu

dojrzewających czereśni

żółci rzepaków rozsypanych

wzdłuż żuławskich pól

mojej codzienności trzepocącej

zranionym ptakiem

w ciasnym obramowaniu piersi

obserwuję młode mewy

wychylające się z gniazd

jutro zaczną rozumieć przestrzeń

pod swoimi skrzydłami

jej kolorowy alfabet

na zawsze pozostanie z nimi

będą tu jeszcze wracać przez kilka dni

późnym wieczorem

siadając coraz dalej od gniazda

i rodziców

aż któregoś dnia jedna z nich nie wróci

a potem wszystkie powędrują

w całkowicie nieodgadnioną dal

tworząc inną rzeczywistość

Tylko czasem jeszcze zadzwoni telefon

usłyszysz zdawkowe

 

 

Pejzaż z mężczyznami

przed sklepem

w Kątach Rybackich

 

Mężczyźni

siedzą przed sklepem

najczęściej mają mocno pochylone głowy

nie widzą światła są jakby pokryci lodem

Nie rozmawiają o przemijaniu

– ponieważ oni wiedzą

że ich przemijanie

nie ma żadnego uzasadnionego sensu

Są starzy i młodzi

ale ich młodość

zatoczyła już tak dalekie kręgi

że sami nie potrafią jej dostrzec

a tym bardziej zapamiętać

Za granicą ostro zarysowanego nieba

jakiś anioł

sufler w podartych spodniach dżinsowych

wypowiada gniewne słowa

nikt nie chce ich słuchać

anioł otrzepuje przetłuszczone pióra

unosi je do góry

być może

w modlitwie szuka swojego pana Boga

Zbliża się południe

malutkie chmurki

unoszą się coraz wyżej i wyżej

puchną od upału

ale im siedzącym

niebo wydaje się aż nazbyt szkliste

aby mogli w nim jeszcze coś przeczytać

 

 

Masada

 

Prawdopodobnie znów będzie świt

płowiejąca jasność odbita w szarych skałach

a później jak zwykle

wschód słońca

ale jestem pewien że tej nocy od krawędzi

księżyca

do blasku miecza

było zbyt blisko

aby ktoś mógł zrozumieć

odnotować w pamięci

dochodzące z daleka głosy legionistów

pijących wino

i rozmawiających o kobietach

pod skrzydłami białego namiotu

ucztującego Flawiusza Silvę

Najwcześniej umierało wzruszenie

Prawdopodobnie wrażliwi do dziś widzą jego

twarz

bolesną

skrzywioną

tym smutkiem

który potrafi przetrwać wieki

i którego nigdy nie potrafiła zrozumieć

historia

Wiemy już że wszyscy umierali razem

i każdy umierał z osobna

w bolesnej samotności

nie do opisania

Ich ciała otwierały się na mrok

powoli

nasączając się jego niewyraźną

głębią

aż do ostatniego westchnienia

w blasku przerażonego

księżyca

który w ogromnym pośpiechu

szukał schronienia wśród chmur

aby za nimi schować

rozdygotaną lękiem wyobraźnię

 

Opublikowano Czytelnia | Otagowano , , , , | 3 komentarze

Zapraszamy na promocję książek Lidii Kosk: 10 maja 2017 r. godz. 18:00 w Domu Literatury.

Obrazek | Opublikowano by | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz