Z Eugeniuszem Kurzawą – poetą, dziennikarzem, prezesem Zielonogórskiego Oddziału – rozmawia Wiesław Łuka.

kurzawa

         Ścieżka buntownika czy dekadenta?

„Rozpadam się jak meteor dobiegający ziemi/ zapadam w siebie, w głąb ziemi bez korzeni / żyć / wiecznie niespełnione marzenia”…– wybitny poeta, dziennikarz, admirator kultury pisze o wiecznym niespełnieniu – to szczerość tego wyznania, czy kokieteria? A może rozbuchane ego i głód doznań ponad wszelką miarę?

– Wybitnym polskim poetą niezmiennie pozostaje Tadeusz Różewicz, najwybitniejszym zresztą, natomiast ja jestem jednym z wielu, jednym z setek, czy może tysięcy piszących wierszyki. Oczywiście poetą niespełnionym, bo na czym miałoby polegać moje spełnienie. Na tym, że napisałem kilka tomików, zredagowałem parę książek? Naturalnie jestem głodny doznań, ale także bywam realistą, ostatnio zresztą „zawodowym bezrobotnym”. Choćby ten status tonuje potrzebę górnolotnych doznań.

– Teraz fragment recenzji ostatniego tomu poetyckiego „Ćwiczenia z rozpaczy”: „Nie mogę zrozumieć tej skali smutku i rezygnacji… Geniu, czy naprawdę już nie żyjemy?”. Naprawdę już Pan nie żyje?

Z filozoficznego punktu widzenie życie nie ma sensu. To przecież oczywiste. Z czego zatem się cieszyć? Że do piachu…? Poznaję fragment recenzji Leszka Żulińskiego…

– Wyznaje Pan, że nigdy nie osiągnął poziomu profesjonalizmu, ciągle czuje się amatorem. Dlaczego? Przepraszam za śmiałość, może należałoby porozmawiać z psychologiem?

– Ale proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę się czuć amatorem? Sam wiem najlepiej, co wiem i co potrafię. To nie jest jakaś głupia samoocena i oczekiwanie zaprzeczenia, lecz prawdziwa, szczera wypowiedź. Studiowałem psychologię. Potrafię siebie ocenić i kontrolować. A poza tym porozmawiałem sobie z psychiatrą, żeby jeszcze lepiej siebie zrozumieć…

– Od dziecka lubił Pan coś robić – więc między innymi trwał okres ministrantury zakończony „gwałtownym zerwaniem”; przy ołtarzu bawiła Pana biała szatka, czy rodziła się potrzeba zbliżenia się do Transcendencji?

– Ani jedno, ani drugie. To był swoisty przymus środowiskowy małego miasta, bo żadne z rodziców na mnie nie naciskało, żebym wstępował do tej formacji. Plus chęć rywalizacji w grupie rówieśniczej. Bo służenie do mszy było punktowane, za mszę o 6.00 dostawałem 120 punktów. Była też ministrancka piłka nożna. Na „majowe” się szło, żeby zebrać dwie paczki do kopania po zakończeniu nabożeństwa. Po różańcowym było trudniej, bo już jesień, chlapa i szybciej zapadał zmrok, ale za kościołem świeciły się dwie lampy, to i w takiej atmosferze dało się kopać „bolkę”.

– Potem nadszedł czas dany hipisom i miłośnikom jogi – czy to było dotarcie i odkrycie „ziemi obiecanej”? Co tam można było znaleźć?

– To był podobny środowiskowy – może nie przymus, ale hmmm… Jakaś odmienność kulturowa, inność, która przyciągała? Coś tam znalazłem i zapewne też kogoś. Najpierw, w szkole średniej, grupę przyjaciół podobnie myślących, a już na studiach choćby znakomitego religioznawcę doc. Tadeusza Margula z Lublina, z którym świetnie się dyskutowało o hinduizmie, Indiach, buddyzmie. Dowiedziałem się, że antropocentryzm nie jest taki najważniejszy, a humanizm to brzydkie słowo i uznałem tę wschodnią mieszankę filozoficzną. Jeśli przyjdzie do tego, to mogę, jak Schulz, karmić muchy cukrem.

– Odbył Pan po studiach rajd prawie po przekątnej Polski: Zielona Góra – Białostocczyzna i Suwalskie; zderzenie mentalności zachodniej ze wschodnią. Było to poszukiwanie czego?

– Chyba niczego. Jechałem do pracy, pierwszej mojej pracy. Gdy wyjeżdżałem nie miałem pojęcia, czy jadę szukać czegoś jeszcze poza etatem. Byłem niedojrzały do życia, amator w działaniu, a zwłaszcza w myśleniu, jak już ustaliliśmy. Jechałem, bo wolałem sam sobie wybrać pracę, niż dostać nakaz. Tylko tyle. Potem oczywiście coś się zaczęło dziać. Coś dla mnie bardzo ważnego do dziś, lecz na początku tej drogi nie miałem o tym pojęcia. A przy okazji poznałem tam też żonę.

– Tamże, na wschodzie, zdarzyło się zawodowe dziennikarstwo i silne zaangażowanie na niwie kultury w atmosferze „wysokiego poziomu idealizmu”. Jak go Pan odczuwał?

– Wówczas było tylko „tu i teraz”, bez analizowania, co z tej działalności ma wyniknąć. Były sprawy do załatwienia, to się załatwiało. Rosły pomysły… Później dopiero mogłem te poczynania ocenić, jako wrodzoną konieczność pionierstwa, nowatorstwa. Powiem bardziej górnolotnie: po czasie okazało się, że spełniałem jakąś misję wprowadzania, inicjowania zmian, ale i wydobywania wartości z tego, co znalazłem, zastałem. I to akurat chyba mi się udało. Takie mam wrażenie, poczucie spełnienia, chociaż w ograniczonym zakresie. Był to najbardziej dynamiczny okres w moim życiu. Zostawiłem na wschodzie ślady literackie, dziennikarskie, organizacyjne. No i niesamowite kontakty, znajomości. Choćby Andrzej Strumiłło, polscy poeci z Wilna, Sokrat Janowicz. Paradoksalnie dzięki Suwałkom, Wigrom poznałem prof. Walerego Pisarka z Krakowa, a także bezpośrednio, wówczas premiera, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, u którego w URM-ie byłem, jako tzw. młody twórca z Suwałk. W gronie podobnych mi 30-40 innych z kraju.

Wschód, to różnorodność narodowa i wielokulturowość z wiekowymi tradycjami – gdy daję Panu limit dla sformułowania pięciu do ośmiu zdań o każdym składniku tego „tygla” dawnej Rzeczypospolitej – to jakie złote myśli tu padną? Jakie korzyści ma Pan na języku, gdy teraz mówi o nich w wywiadzie?

– Powiem szczerze, że gdy tam mieszkałem, to nie doceniłem wartości, jakie niesie wielokulturowość spowodowana przez mniejszości narodowe. Wiedziałem o nich, pisałem nawet, lecz – patrz wyżej – nie dojrzałem ani do ich pełnego zrozumienia, ani tym bardziej do wykorzystania twórczego, artystycznego, ba, nawet dziennikarskiego. Pamiętam swój nieudolny tekst w moim tygodniku „Krajobrazy”, o Kajce, o Mazurach, z którym potem ktoś słusznie polemizował. Niuanse mazurskie, ale i białoruskie, litewskie, przerastały młodego wtedy człowieka. Chyba najbliżej byłem Litwinów, bo poznałem wielu osobiście – bywałem w Puńsku, Sejnach, ale także Białorusinów; w ich poznaniu pomagał mi kontakt ze znakomitym pisarzem białoruskim, Sokratem Janowiczem. Przez jakiś czas mieszkałem w Suwałkach, w hotelu robotniczym, a tuż obok stała molenna – dom modlitwy – starowierów. I nic z tego dla mnie nie wynikło… Niestety, wiele straciłem, że porządnie nie wchłonąłem aury pogranicza, tylko pobieżnie, jak przybysz. Gdybym mógł to teraz powtórzyć…

Czy pamięta Pan odczucia, gdy swoje wiersze czytał w wileńskiej celi Gustawa-Konrada, gdy się kąpał w Świtezi, gdy zakładał Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna, gdy jechał w dużej grupie rodaków do Korei Pólnocnej, do Kim Ir Sena i pozował z nim do zdjęcia?

– Podczas czytania wierszy w celi Konrada, chodziły mi ciarki po plecach. Nie należę do tych, co wierzą w natchnienie i przesadnie w uczucia. Lecz tamten moment był niepowtarzalnym przeżyciem. Tym bardziej, jeśli ktoś zdołał poznać Wilno tak jak ja, wielokrotnie, na dodatek w czasie rozciągniętym prawie na ćwierćwiecze Poznałem to piękne miasto, ponieważ chodziłem po nim z moimi wileńskimi kolegami: Romkiem Mieczkowskim, Wojtkiem Piotrowiczem, Józkiem Szostakowskim, Alą Rybałko, Heniem Mażulem. A także z litewską pisarką – Birutą Jonuskaite. Tutaj, żeby zaintrygować dodam, iż dużo wcześniej byliśmy z Birutą kolegami w pracy, z redakcji tygodnika „Krajobrazy” w Suwałkach. Wymienieni poeci pokazywali mi miejsca, gdzie turysta nie zagląda, opowiadali cytując z pamięci na wyrywki trzecią część „Dziadów”, która raptem objawiła mi się niczym dobry kryminał. Wszystko to działo się w oryginalnej wileńskiej scenerii. Te mury, ratusz, kościoły wciąż stoją. Istnieją zaułki i kamienice z „tamtych” mickiewiczowskich lat. Wciąż też kołysze się jezioro Świteź, w którym moczyłem nogi, stoi fara w Nowogródku, jest chyba odnowiony grób Maryli w Bieniakoniach, płynie Niemen, gdzie nad brzegiem piekliśmy kiełbaski…

Jednak rodzą się w Panu w którymś momencie odczucia tzw. wschodniej rozlazłości oraz myśli o powrocie na zachód. Czym ta rozlazłość i pewnie coś tam jeszcze dawało się Panu we znaki?

– W Białymstoku z czasem irytowałem się niepunktualnością, pewną niefrasobliwością w sprawach, które z kimś ustalałem „na mur-beton” i powoli rodzącą się nietolerancją religijną i narodowościową, ksenofobią. Rodziły się spory, które dziś już mocno urosły, napęczniały. To, co dla mnie było wartością, dla niektórych było wręcz niedopuszczalne. Na przykład, bardzo by mi się podobało, gdyby nazwy ulic w Białymstoku były dwujęzyczne, polskie i białoruskie. Dlaczego nie?! Wszak wg Sokrata Janowicza, mieszka tam „ukrytych” ze 100 tys. Białorusinów. Niestety, Polacy byli przeciwni podwójnemu nazewnictwu ulic, choć to by właśnie pokazywało odprysk bogactwa kulturowego i narodowościowego dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, którą ponoć tak hołubimy. Coś takiego z nazwami uczyniono zresztą później w Puńsku, gdzie mniejszość litewska jest większością społeczną. Z czasem, gdy już wyjechałem z Białegostoku, pojawił się tam nacjonalizm w najgorszym, bliskim faszyzmowi wydaniu. Straszne. Cieszę się, że w porę uciekłem. Choć nigdy też nie zapomnę pięknej przygody i pięknych ludzi, z którymi w Białymstoku zakładałem Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna, a zaraz potem pismo „Goniec Kresowy”, który otrzymuję do dziś.

Jakie Lubuskie zastał Pan po powrocie na rodzinne śmieci? Chyba dość zmienione już w czasach transformacji?

– Prostuję: moje śmieci to Wielkopolska, dokładniej: zachodnia, miasto Zbąszyń. W Lubuskie raczej przyjechałem, niż wróciłem, bo w Zielonej Górze tylko studiowałem. Mentalnie jestem poznańską pyrą… Szczerze mówiąc, przyjeżdżając na zachód kraju rozczarowałem się. Myślę tutaj o gruncie kulturowym. Od razu, na pierwszy rzut oka, zabrakło mi tej wschodniej wielokulturowości widocznej w architekturze, religii i ludziach, charakterystycznych mniejszości – choć tutaj też są, ale z innych powodów – Grecy, Łemkowie, Niemcy. Zabrakło mi takich wyroczni, jak Strumiłło, Sokrat Janowicz i inni. Brak magii wynikającej z zasiedzenia kulturowego. Zabrakło również inicjatyw, choćby podobnych corocznemu seminarium nad Wigrami „Kultura i środowisko”, podczas którego przez kilkanaście lat poznawałem kwiat polskiej plastyki, rzeźby, architektury, nauki. Bywali na nim suwalszczanin Andrzej Wajda, prof. Bohdan Urbanowicz – też z tamtych stron, prof. Czesław Bobrowski, Adam Myjak, Gustaw Zemła. Spotkałem Andrzeja Miłosza, artystów od Japonii po Niemcy. Lubuskie zaś okazało się, kurcze, zaściankiem, choć stąd tylko „parę kilometrów” do Berlina, do Europy. Przecież my stąd latamy w świat z Schönefeld, z Tempelhof, a nie lokalnego Okęcia. A mimo to czegoś mi tutaj brakuje, coś kulturowo nie chce zaskoczyć…

– No właśnie: co nie pasuje?

– No właśnie powiedziałem. A w szczegółach to jest temat na seminarium naukowe. Moi oponenci, koledzy, nie mówiąc o urzędnikach wojewódzkich, znajdą tysiąc argumentów na dowód, że się mylę. Powiedzą, że Lubuskie kwitnie, że ma własnych profesorów, uniwersytet, własnych artystów, ba, świetnych sportowców, w tym żużel, koszykówkę. Że wciąż istnieje, choć podupadło, najstarsze święto polskiego filmu – Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie i od nas się wywodzi słynny seksuolog prof. Zbigniew Izdebski, notabene mój kolega z roku na studiach. No i może on jest jedynym oryginałem, postacią zauważalną w kraju i szanowaną, reszta to artyści, sportowcy i naukowcy z importu wewnętrznego. Dwa, trzy miejscowe wyjątki nie czynią reguły.

Nie ukrywa Pan swoich poglądów lewicowych, bo niby co tu kryć? Teraz wyznaje Pan, że lewica „boi się własnego cienia” – dlaczego?

– Trzeba by zapytać tę „lewicę”. Celowo daję cudzysłów, bo jeśli SLD mielibyśmy nazwać lewicą, to byłaby to gruba pomyłka. To partia centrowo-liberalna, która zrobiła to, co kiedyś niejaki Piłsudski. W imię interesów państwowych zdradziła klasę robotniczą, czy powiedzmy obecnie: siłę najemną, tysiące ludzi wykorzenionych przez obłędne idee kapitalistyczne Leszka Balcerowicza, ludzi z dawnych PGR-ów i im podobnych. Lewica wolała zająć się kapitalistycznym państwem i uwiarygodnianiem. I walką o władzę, wolała się „perfumować” Michnikiem, jak to określa chyba Jerzy Urban. Zatem, to ma, co ma. Ale i my, co na nią głosowaliśmy, mamy to, co mamy, wystarczy się rozejrzeć dokoła. Horror, nie ma na kogo głosować. Została tylko nawiedzona prawica.

– Dlaczego poniechał Pan indywidualnego, zatem całą gębą własnego tzw. listu otwartego do przyjaciół pod wielokrotnie zmienianą nazwą „Komunikaty 2”? Dodajmy – właśnie lewicowego.

– Uzupełniłbym dla ścisłości: literacko-lewicowego, z literaturą na pierwszym miejscu. No cóż, jak już mówiłem, jestem bezrobotnym. Nie stać mnie dziś na takie fanaberie, jak pisanie, redagowanie, powielanie i ładowanie do kopert nawet tylko 45 sztuk wymienionego „listu otwartego do przyjaciół”, bo to kosztuje. Zresztą, czy lewicę to by zmieniło? Miała i ma mądrzejszych ode mnie suflerów, ale nie chciała ich słuchać, nie chciała mieć własnego pisma, słuchać krytyki, niezależnych ocen. Nie było zatem szans na zmiany, korekty, bo wierchuszka lewicy była i jest zapatrzona w siebie, potem w USA, kapitalizm, stołki w Sejmie, własne gierki, a nie zawracała sobie głowy ideami i robotnikami, a zwłaszcza językiem i historią, i naszą ojczyzną – Polską Ludową. Ale co sobie wtedy w „Komunikatach 2” napisałem, to moje. Ów „list otwarty” był rodzajem autoterapii na durnotę przywódców polskiej lewicy z Aleksandrem Kwaśniewskim, Leszkiem Millerem, Włodzimierzem Cimoszewiczem i paroma innymi na czele. Wypisałem się, na chwilę mi ulżyło, choć świata nie zmieniłem; i to mnie frustruje, ale cóż mam zrobić…

– Polska przeszła na prawicowe pozycje katolicko-narodowe – czy to szansa na nasz dalszy rozwój we wszystkich dziecinach życia, czy też niebezpieczeństwo powrotu do wschodnioeuropejskiego zaścianka?

– Nie wiem, nie jestem prorokiem, ani politykiem. Ale zaściankiem już jesteśmy, dodałbym: wybitnie klerykalnym. Przecież IV RP to państwo religijne, pełne obskurantyzmu z tego wynikającego. Rządzi nim konkordat, księża i ich nawiedzeni akolici. Krzyże na ścianach – jak okiem sięgnąć, na policji, w gminach, szkołach, w Sejmie, święci się samochody i nawet oczyszczalnie ścieków, wszak szmal nie śmierdzi. Czarno widzę.

– Przyznaje się Pan do psychicznego stanu „rozładowywania akumulatora” – szukałem w Pana utworach jednej, dwóch myśli dających jednak nadzieję – nie znalazłem ? Czy źle szukałem?

– …

– A może strofa: „Zatrzymaj się/ zaczerpnij tlenu/ masz tylko siebie/ – jest taką iskierką nadziei? Myślę więc sobie, że inna strofa nie jest ostatecznym credo poety: „Mój byt napędza tylko lęk/ zbudzony do życia / eksplozjami wyobraźni/ pióro podąża tylko w jednym kierunku: zapisać stan przerażenia sobą i światem/ zapisać siebie przed obróceniem się wniwecz …”? Czy prośba o credo właśnie nie będzie ze strony zadającego pytanie przejawem jego prostackiego wścibstwa?

– Nie potrafię na to odpowiedzieć. Widzę świat tak, jak nieudolnie go zapisuję.

– Od dwudziestu lat prezesuje Pan lubuskiemu oddziałowi ZLP. Czytam same pochwały na temat Jego działalności, a Pan mówi swoje: „zdegradowanie instytucji i miejsca”. Proszę wypunktować trzy główne przyczyny degradacji, ale takie lubuskie, nie zaś ogólnopolskie?

– Mimo, że jesteśmy blisko Berlina, to jednak daleko nam do Europy. Zero kontaktów z wielkim światem literatury, nawet polskiej, zero inspiracji wielkimi ideami kulturowymi, prądami europejskimi. Może wschód kraju jest dziś bardziej kreatywny artystycznie? W każdym razie nie rodzą się nam tutaj wybitni twórcy, choć mogliby…

– Kto przeszkadza tym narodzinom?

– Personalnie – nikt. To jest pewien syndrom regionu bez korzeni, mówiłem o tym problemie wcześniej. Biję się tu oczywiście we własne piersi. Też chciałbym być wybitny, lecz co zrobić, jeśli talentu nie staje, nawet na głupią nagrodę Nike. Szczupłość osobowa, że tak powiem, środowiska literackiego – to może drugi powód naszych problemów. Brak wewnętrznej rywalizacji, napędu artystycznego. Nie ma sporów, nie ma idei. Ot, istniejemy, nagradzamy się, spotykamy na wieczorach autorskich. I nic z tego nie wynika… Brak zarówno liderów z charyzmą literacką, jak też krytyków towarzyszących. A po trzecie, brak prasy. Kompletny brak w regionie periodyków nie tylko literackich, ale nawet społecznych. To jest wręcz żenujące, choć tu akurat nie winiłbym pisarzy, lecz polityków krajowych i lokalnych. Ów problem dotyczy zarówno naszego województwa, jak i kraju. Po tym, jak pewne „słuszne” wydawnictwo warszawskie udusiło „Wiadomości Kulturalne”, wydawane przez KTT, w Polsce nie ma w zasadzie ogólnopolskiej prasy kulturalnej, czyli nie ma wymiany myśli na poziomie krajowym. Dlatego tak sobie wegetujemy. Chyba, że ktoś jest jedną z kilku Szymborskich, jednym z Miłoszów…

– Czy nie ma szans na „odbudowanie autorytetu i mitu” ZLP?

– Raczej nie. Sam prezes Marek Wawrzkiewicz nie da rady. A kto mu pomoże? Kapitalizm nas, członków ZLP, zdeprecjonował i porozstawiał po kątach. Postawił w rzędzie, jak to analizował Andrzej K. Waśkiewicz, stowarzyszeń hodowców kanarków. Hobbystów. Kapitalizm spowodował, że liczy się materia, a nie duch. Konsumpcja, a nie wartości. O to przecież chodziło Tadeuszowi Mazowieckiemu i Balcerowiczowi, twórcom polskiego drapieżnego kapitalizmu rodem z USA. Nigdy już pisarze nie będą inżynierami dusz. Od tego jest tzw. pi-ar i inne kapitalistyczne pierdoły. Zostaliśmy ustawieni w rzędzie hodowców kanarków i dzięki temu rząd ma z nami spokój. Nie to, co kiedyś, że jak 64 pisarzy napisało list, to się zbierało Biuro Polityczne.

– Czy polska literatura jest „nie do uzdrowienia”, gdy tyle prozy, poezji i dramatu ukazuje się na rynku? Gdy na świecie nas chwalą? Gdy na przykład polska szkoła reportażu (a było się i jest także dziennikarzem Panie Eugeniuszu – vide książka o Waśkiewiczu) i polska poezja ciągle zachwycają Europę? W Zielonej Górze i braterskim Gorzowie wydajecie tyle książek… Czego Panu prezesowi brakuje do szczęścia?

– I jako człowiekowi, i prezesowi oddziału ZLP brak mi pieniędzy. A rozwijając pytanie – co z tego, że na tzw. wolnym rynku ukazuje się tyle książek?! Cały ten chłam książkowy jest przerażający. Wydany głównie dzięki kasie, a nie z powodu wartości. Nie ogarniam wydanych w Polsce książek i nie chcę. Czytam kolegów i to niektórych. I zastanawiam się tylko czasem, gdy przeglądam recenzję o dziele „znakomitego polskiego prozaika”, „wybitnego autora”, skąd biorą się ci wybitni ludzie. Ktoś, kogo nazwiska nie znam, a zajmuję się literaturą parę dziesiątek lat, startuje do Paszportu Polityki, do Nike, Silesiusa. I dostaje. Dziewczyna 27-letnia ma na koncie pięć grubych i poczytnych kryminałów. Pisze następne, zalewa nimi księgarnie internetowe. Inny/Inna napisali nawet już 14 książek, wszystkie świetnie przyjęte. Recenzowane (no, może to za duże słowo) w „prestiżowej” „Polityce”, omawiane w stacji TVP Kultura, czy gdzieś tam jeszcze. Jak się tam na tę giełdę próżności dostać, żeby pani Sobolewska, czy Janowska lub pan Max zechcieli mnie także zrecenzować? Przepytać? Oglądam i słucham czasem Halę Odlotów w TVP Kultura. Jestem już stary i trochę oblatany w świecie literackim, a tam sami genialni, wybitni ludzie, lecz dla mnie nowi i zupełnie obcy ze swymi wypowiedziami, komentarzami, poglądami. Choć nie uważam się ani za głupszego, ani za gorszego, jako poeta. Tyle, że jestem 460 km od warszawki. Nikt mnie tam nie zaprosi, bo nawet o mnie nie wie, no i nie jestem w stołecznych układach towarzyskich.

– Co szwankuje w naszym życiu literackim?

– To za szerokie pytanie, nie ogarniam całego życia literackiego. Pewnie istnienie wspomnianych wyżej układów, choć one zawsze w literaturze były. Warszawocentryzm. Brak pieniędzy na działalność ZLP, na stypendia twórcze i socjalne, podziały polityczne wśród literatów, ignorowanie nas przez ministerstwo kultury. Nie podoba mi się zabieranie pisarzom domu pracy twórczej w Oborach, bo panuje głupie „święte prawo własności” przedwojennych wyzyskiwaczy. Pewnie wiele przyczyn składa się na kiepską kondycję naszego życia literackiego, nawet nie chce mi się ich ogarniać. Szkoda, że dziś książka jest towarem, a właściwie tylko produktem, a nie wytworem artystycznym.

– Jeśli trudno w Pana wierszach znaleźć szczyptę optymizmu, to może chociaż trochę złości i buntu na by się zdało; ale tego też nie znalazłem.

– A o czym cały czas tutaj mówię?! To za mało buntownicze? No dobrze, a czy zna pan to?:

Polska to nie jest przyjemność

 

historycznie błotnista i dziś

zachmurzona ale nie chmurnie

lecz ponuro niewiele dni w roku

polak bywa pogodny bo nie uchodzi

przed wiatrem deszczem i wtedy dopada go

zwykle frustracja i prowadzi do granic

wilna lwowa ruskich i gradobicia

co przeszło

wczoraj i potem rzeki znów wylały

cały ten syf niesiony od stuleci

podchodzi nam do gardła do mózgu

i wyżera ślady na kształt matki boskiej

Dziękuję za rozmowę, Wiesław Łuka

Uwaga!

Jest to druga rozmowa z cyklu: Rozmowy z najciekawszymi twórcami ZLP oraz prezesami Oddziałów. Projekt Wiesława Łuki uwieńczony zostanie wydaniem książki, która nie tylko zaprezentuje sylwetki twórców, ale również przedstawi bolączki środowisk twórczych.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czytelnia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Z Eugeniuszem Kurzawą – poetą, dziennikarzem, prezesem Zielonogórskiego Oddziału – rozmawia Wiesław Łuka.

  1. Miłosz Galantowicz pisze:

    Bardzo mądre i ciepłe słowa. Tak, właśnie wygląda ta mała społeczność na tle Polski

    Lubię to

  2. Lara Krik pisze:

    Wartość twórczości ocenia odbiorca. Co do pieniędzy, pokażcie mi chociaż jednego poetę w perspektywie historycznej, który umarł bogaty 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s